O upiornej zupie z dyni na „włoszczyźnie”

Aż wstyd mi się przed samą sobą, ale jeszcze półtorej dekady temu w mojej kulinarnej świadomości nie istniała wcale. Kojarzyłam ją głównie z karocą Kopciuszka. Okej, niech będzie, że wiedziałam, że rośnie na polu i ją się je. Ale z czym i jak? Tu moja wiedza i wyobraźnia gwałtownie wyhamowywały i jak muł z osłem ani drgały. Potem było tylko gorzej. Bo kiedy pod polskimi strzechami rozpanoszył się Haaloween, w moim umyśle dynia z jadalnego „jakoś tam” giganta przeszła transformację w niejadalny lampion – symbol „dziadów” zza oceanu. Mutacja na miarę cukierka lub psikusa. I tyle skojarzeń z dynią. Ament!

Upłynęło trochę wody w Wiśle. Moje horyzonty kulinarne wraz z wiekiem i doświadczeniem życiowym zdążyły się poszerzyć. I nagle odkryłam, że polska jesień nie musi smakować tylko cebulą, pyrą i grochem z kapuchą, a dynia w kraju nad Wisłą nie musi strugać upiora z Ameryki. Bo oto odkryłam dynię na języku. Dokładnie dynię w zupie. A jeszcze dokładniej w kremie. Z nutą orientu. Pomarańczowa koloroterapia na talerzu i balsam dla pogrążonych w jesiennej chandrze kubeczków smakowych. Pokochałam od pierwszej łyżki. I zaprosiłam z mężem mym, zwyczaj warzenia dyniowej pod nasz okap.

Jakiś czas temu popadłam w straszną melancholię. Mój pogodny nastrój niemal z dnia na dzień roztrzaskał się z hukiem na milion kawałków, zasłaniając widoki na lepszą przyszłość. Musiałam coś z tym zrobić. Otuchy dodać, uskrzydlić duszę, rozgrzać ciało, pobudzić do życia endorfiny… „Zupa z dyni! Oto lek na całe zło” – zamajaczyło mi w tyle głowy. To moja intuicja. To ona mi zaszeptała. A ja jej ufam. Nawet z nią nie dyskutowałam…

– Mówisz? Masz! – rzekł po dwóch godzinach rychtowania Alek, do którego to w naszym domu należy zaszczyt mieszania w garach. I na stół wjechało parujące wonią imbiru, kolendry, kuminu i mleka kokosowego remedium na me smutki…
Taaaak, to było to! Aksamitna, korzenna emulsja, cud-miód na strapione serce. Do tego w kolorze zachodu słońca. Nic to, że parzyła, orgazm dla podniebienia zbliżał się wielkimi łychami… Pieeeerwszaaaa łyżka, druuuugaaa łyżka, trzeeeciaaa łyżka – dawkowałam zmysłom doznania… Czwaaaaarta łyyy-yyy-eee-eeeee… No nieeeee. Nieeeeeeeee. No nieeeeeee!!! Nooooooo nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!

Tylko nie WŁOS!!! To najgorsze co mogło mi się w żarciu i życiu tego dnia przytrafić! Ale TAK! Kudeł! Włosisko! Kłak! Posmyrał mnie po podniebieniu. Nienawidzę, bo się brzydzę! Niezależnie od nosiciela. Okej, gdyby to jeszcze był mój, pół biedy. Ale ten był rudy, gruby kędzior! Żeby chociaż Alka. Ale nieeeeeeee! To czyj? KOCHANKI?!

– Tak! – odparł on, pukając się w czoło – To kłak tej z rudej z brodą, z bazaru, co to u niej warzywa kupuję! Rozumiem, że nie jesz?!
– Nieeeee!!! – ryknęłam zniesmaczona.
– To nie! – odrzekł z dąsem pod wąsem i rozeszliśmy się, każde w inną domu stronę. A biedna, zbrukana zupa w talerzu stygła i marniała w oczach, że nawet nasz pies (nie z kulawą nogą) nią się nie zainteresował. I tyle po dyniowej zmysłowej psychoterapii.

Na drugi dzień odbieram telefon od mamy (sami nie uwierzycie):

– Słuchaj ugotowałam krem z dyni, taki jak lubisz. Przygotowałam dla Was słoik. Wpadnij!
Kochana matka-telepatka. Nie musiała mnie namawiać. W końcu nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy się! I za pół godziny stałam w progu własnego domu z maminą zupą w dłoni. Bez włosa!

– To co kochanie, podgrzejesz? – poprosiłam męża z nadzieją.
– Mówisz, masz! – i na stół znowu wjechało parujące wonią imbiru, kolendry, kuminu i mleka kokosowego remedium na me smutki… Pieeeerwszaaaa łyżka, druuuugaaa łyżka, trzeeeciaaa łyżka – dawkowałam zmysłom doznania… Czwaaaaarta łyyy-yyy-eee-eeeee… No nieeeee. Nieeeeeeeee. No nieeeeeee!!! Nooooooo nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!

To nie może być prawda! To się nie dzieje naprawdę! To tylko zły, koszmarny sen!
Ale nie! To się działo na jawie. A co? A to, że o mały włos, a połknęłabym WŁOS! Taki sam rudy kudeł, jak z dyniowej chłopa! Uwierzcie mi na słowo!
– SKĄD te kłaki, ja pytam?! – wrzeszczałam jak opętana.
– Mnie nie pytaj, widać taka twoja karma – skomentował rozbawiony mąż, rozkładając bezradnie ręce… A mnie łyżka z przerażenia opadła. Mała rzecz, a straszy. Także melancholię…

Następnego dnia (poniedziałek) rano, Alek „troskliwie” na odchodne pyta: – To co kochanie? Może zupki do pracy na WŁOSZCZYŹNIE? Mamy cały gar!
Franca podła! Grunt, że nastrój poszybował w górę. A że przy pomocy terapii szokowej… Jak to mówią: cel uświęca środki.

Zaś zagadka cudzych rudych kłaków w dwóch zupach – rozwiązana! Moje śledztwo wykryło, że źródełkiem „włoszczyzny” był prawdopodobnie pęczek świeżej kolendry z bazaru, co to ją chłop mój do przybrania sieknął. Od tej rudej, z zarostem. Wiedziałam! A mówiłam, że rude to wredne… 😉

Fotka: Pinterest

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website