Porzuć colę! Pij Bożole?

Z Beaujolais Nouveau jest tak, że albo jest złe, albo… jest złe. O dziwo, tegoroczne nie było ani złe, ani złe. Właściwie było całkiem niezłe. Jak na Beaujolais, of kors.

Znowu daliśmy się magii marketingu za portfel złapać. Jak co roku, od 10 lat. Rok w rok lecimy z wywieszonym językiem w trzeci czwartek listopada do marketu i przepłacamy za flaszkę, która we Francji – w święto pierwszego w roku wina­ – budzi niemal takie same emocje, co u nas pączek w tłusty czwartek. Tyle, że nasze pączki albo są gorsze albo są lepsze. Ciężko powiedzieć, że są podłe, paskudne czy po prostu złe. Z jakiego źródła by nie był, świeży, jeszcze ciepły pąk, nawet ze zwykłą marmoladą i na oleju smażony (tradycyjnie pączki smaży się na smalcu!) zawsze da się przełknąć bez wstrętu w ustach. A może przez ponad 30 lat mieliśmy cholernego farta? Hmmmm…

Tymczasem Beaujolais? Kiedy już się nam wydawało, że niczego dobrego po nim spodziewać się nie można… Traaaaaaach! Niespodzianka! Ten rocznik udowodnił, że się mylimy. I choć może nirwany po spożyciu kubeczki smakowe nie osiągnęły, to w trakcie degustacji też nie ucierpiały. A to już coś.
Monsiuer, madame… Le Beaujolais nouveau est arrive!

Dla niewtajemniczonych, Beaujolais nouveau, to lekkie, młodziutkie, bo pierwsze w bieżącym roku wino z regionu Beaujolais na Północ od Lyonu we Francji. Dlatego też w smaku z reguły cierpkie i nie oszukujmy się, raczej płytkie niczym sadzawka… Produkuje się je ze szczepu winogron gamay. Stąd charakterystyczne lizakowo-balonowe nuty. Choć nam bardziej kojarzy się z bananem!

Tegoroczne Beaujolais w porównaniu np. z rocznikiem sprzed roku, jest nieco pełniejsze, bardziej ułożone, a dominujące i irytujące jednak bananowe tony mniej wyraźne. Naprawdę daje się pić! Chyba słońce winnicom w Beaujolais całusów w tym sezonie nie pożałowało.

Mówi się, że każdy pretekst jest dobry, by sobie coś chlapnąć. Ale premiera pierwszego, długo oczekiwanego wina w roku, to pretekst koronny. Francuzi świętują z tego powodu do upadłego! Wychodzą na ulice i bawią się pod dyktando tego młodego trunku. Jedzą do niego smażone uszy świńskie, bo to wino wykwintności na talerzu się nie domaga. Wręcz przeciwnie. Ma być tłusto i bez finezji, co by zamaskować winne niedoskonałości. Mają być bachanalia. A nie bon ton. Już Dionizos swoje kopytka w tym musi moczyć 😉

Podobnie zresztą jest we Włoszech i Hiszpanii. Szkoda, że nie u nas. Może kiedyś. Jak tradycja winiarska zmartwychwstanie? Póki co mamy Bożole. Francuski towar eksportowy. Gorzej z uszami świńskimi. Taki paradoks. Żałujemy, bo byśmy takie chipsy sobie chętnie pochrupali.
Ale od czego mamy wyobraźnię i wilcze apetyty? Dlatego my do Bożole szczerze polecamy proste przekąski: kawałek camemberta, grzankę z gęsim smalcem, np. wytopionym z pieczonej gęsiny (KLIK), ciepłe skwarki wieprzowe i smażone hiszpańskie papryczki pimientos del padron. Konkretnie, bez szczypania się, po neandertalsku.
A zatem bon appetit!
IMG_20151119_221047

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website