Sielawy z papieru

Z jednej strony rwące potoki i góry, z drugiej jeziora i Mazury, z trzeciej Bałtyk… A mimo to dobrych, wartościowych, nienaszpikowanych hormonami, antybiotykami i rtęcią ryb w Warszawie jak na lekarstwo. Wielka stolica, myślałby kto! – aż ma się ochotę parsknąć.

Prawda jest taka, że gdyby wziąć pod lupę to, co oferują lokalne osiedlowe rybne sklepiki i marketowe działy z rybami, okazuje się, że żyjemy na jednej wielkiej pustyni. Na bezrybiu, gdzie nawet przysłowiowy rak nie ryba…
I jak tu żyć, panie, jak żyć, gdy ochota na dobrą, wartościową rybkę do muru przyprze?
Kierunek: Olsztynek i hajda na wędzone sielawy!

Olsztynek odkryliśmy jakieś 6 lat temu, dzięki uroczemu siedlisku w miejscowości Swaderki. Po prostu któregoś wakacyjnego weekendu spakowaliśmy rowery, psa i apetyty na ryby z mazurskich jezior. Ruszyliśmy na pełnym spontanie w warmińsko-mazurskie (bo tak!), zatrzymując się w dawnej, przerobionej na dom stodole czy innej oborze.

Malownicze siedlisko z widokiem na las i jeziora. Z kukułką, derkaczem i dzięciołem w tle. Jak z piosenek Osieckiej… Muzyka Warmii dla naszych – nadszarpniętych kociokwikiem stołecznej aglomeracji – uszu, okazała się być niczym masaż duszy i ciała. Naturoterapia w krystalicznej postaci. Nawet komary jakby z czułością spijały z nas krew.

P1000173
P1000137

P1000230

Do tego ryby, grzyby i owoce lasu. A na deser? Bezy w rozmiarze XXL oraz prawdziwe jagodziany z kultowej olsztyneckiej cukierni! Relaksacja pełną gębą i parą.

Ostatnio, na fali wspomnień, zamarzyły nam się autentyczne wędzone sielawy. Z papieru. Do pajdy chleba. Z masłem. Jedzone po plebejsku palcami…

Dwie godziny jazdy z Warszawki w środku zimy do Olsztynka po rybkę wędzoną? Może dla niektórych fanaberia. Zaś dla nas inwestycja: w nastroje, apetyty i zdrowie. Nie zawiedliśmy się.
Wam też taką profilaktykę duszy i ciała w tempie slow polecamy! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website