Murzynek – brownie PRL-u ;)

– Błagam, tylko nie zalej niczym i strzeż jak oka w głowie! – upraszała mama, przekazując mi niemal z nabożeństwem swój kajecik z przepisami kulinarnymi z epoki kamienia łupanego. 😉

Pamiętam jeszcze z zamierzchłego dzieciństwa. Mamina biblia. Jej osobisty blog kulinarny w brulionie w kratkę, wyprodukowanym przez Wrocławskie Zakłady Wyrobów Papierowych. Cena: 28,00 zł.

Uwielbiałam go. Już jako niepiśmienne dziecko. Kiedy mama nie widziała, traktowałam jej zeszyt jak brudnopis do wprawienia ręki w bazgranie i rysowanie (uwadze polecam koślawe serca). Bo ja zawsze przy tworzeniu jej wypieków byłam i chłonęłam atmosferę temu towarzyszącą.

Wraz z rozwojem półkul mózgowym, brulion  zaczął mi służyć jako zeszyt ćwiczeń. Są na to dowody. Szlaczki, liczenie pod kreską, kaligrafia… Pozostawione wiecznym piórem chińskim od rodziców. Piórem darowanym w nagrodę za odznakę wzorowego ucznia w pierwszej klasie. Czyli główka pracowała 😉

Z czasem, gdy zaczęłam już sprawnie czytać i pisać, mama postanowiła ukrócić moje dewastatorskie zapędy i powierzyła mi odpowiedzialne zadanie: uzupełnianie zeszytu o nowe przepisy, które czerpała od koleżanek z pracy i sąsiadek. Uwielbiałam!

Uwielbiałam też, kiedy mama piekła murzynka. Z „kakałem”, olejkiem rumowym, masłem udającym masło, za to na wiejskich jajach… Prawie jak brownie. Takie brownie PRL-u. Niedziela dzięki murzynkowi zawsze zyskiwała w moich oczach i łagodziła wizję dnia następnego – znać, że już wtedy źle znosiłam myśl o poniedziałku.

W minioną niedzielę nabrałam wściekłej ochoty na takiego prehistorycznego murzynka. Ależ to był strzał w dziesiątkę! Nie trzeba było go jeść, wystarczyło się sztachnąć aromatem ulatniającym się z pieca, by poczuć się jak w raju… Domowa aromaterapia o zapachu rumu i czekolady spełniła swoją powinność. Blue Monday nazajutrz mnie nie zabił.

A najlepsze, że zeszyt mamy wciąż skrywa tajemnice. Jakim zaskoczeniem okazało się dla mnie odkrycie, że w prowadzeniu go partycypował także mój tata. Tata – strażnik dobrych manier przy stole i biesiadnej kindersztuby. Wczytując się z Alkiem w tatowe zapiski na temat zasad serwowania alkoholu (w tym wina), Alek rzekł:

– Wygląda na to, że mój teść już wtedy przepisywał obecne internety!

Wpadłam pod stół, dławiąc się ze śmiechu okruszkami murzynka. 😉

20160119_131240

20160119_131320

20160119_131140

20160119_131213

20160119_131406

MURZYNEK

Składniki
¾ szklanki mleka (w mamy przepisie jest ½ szklanki wody)
1 kostka prawdziwego masła (w XXI wieku odpuśćmy sobie tłuszcz palmowy)
2 szklanki cukru
4 łyżki kakao
5 jajek
2 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
kapka aromatu rumowego

Przepis

  • Mleko, masło, cukier i kakao wrzucamy do rondelka i zagotowujemy, cały czas mieszając aż zrobi się gładka, czekoladowa emulsja. Odstawiamy do wystudzenia.
  • W tym czasie oddzielamy żółtka od białek. Białka ubijamy na sztywno.
  • Połowę wystudzonej masy kakaowej przelewamy do miski z żółtkami, mąką, proszkiem do pieczenia i aromatem rumowym. Miksujemy na jednolitą masę.
  • Na koniec dodajemy ubite białka i delikatnie mieszamy.
  • Pieczemy około 40 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni C.
  • Gotowe ciasto polewamy pozostałą częścią masy kakaowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website