Cała prawda o amerykańskiej papierowej torbie na zakupy

Kiedy w dzieciństwie chłonęłam kultową „Pełną chatę” czy „Beverly Hills, 902010”, szczytem jakiegoś wyrafinowania i klasy wydawały mi się obrazki, w których to serialowi bohaterowie paradowali z zakupami spożywczymi upchniętymi w wielkich papierowych torbach bez uszu… Szeleszczący brązowy worek z wyrastającą z niego bagietką, sokiem pomarańczowym w baniaczku i z czupryną selera naciowego, w objęciach łokcia – podczas gdy u nas królowały wiklinowe koszyki i czarne plastiki ze złotym napisem Boss od ulicznych staczy – był dla mnie synonimem luksusu. Zadawał szyku i pasował nawet do natapirowanej Alexis w norkach i czerwonych szpilkach w środku lata.

Czasami próbowałam sobie wyobrazić jak to jest nosić w taki amerykański sposób kartofle czy cebulę… Brałam więc pod pachę grubą reklamówę „wielorazowego użytku” zajeżdżającą świeżym plastikiem i szłam sobie do domu z osiedlowego zieleniaka, tak jakby luksusowo, niczym Bredna Walsh z burżujskiego marketu. I choć był to chwyt nieporęczny i niezręczny jak cholera (nie raz, nie dwa zbierałam ziemniaki z chodnika), czułam się ekskluzywnie na tle tych wszystkich trzeszczących, przaśnych wiklin. Nawet siatka z Baltony czy Pewexu nie robiła na mnie wrażenia, zresztą i tak w tamtych czasach – już raczej relikt niż wielkie wow!

Wtedy kompletnie nie zdawałam sobie sprawy dlaczego praktyczni do bólu Amerykanie tak niepraktycznie przenoszą swoje zakupy. Może ekologia? Recykling? Eeeeeee… Przecież w Polsce pierwszej połowy lat 90 przeciętny Polak raczej o czymś takim nie słyszał. Bo i czasy bardziej ekologiczne… Dla mnie, mocno nieletniego dzieciaka tamtej epoki, tym bardziej kosmos. Uznałam, że tak się robi w kolorowej krainie Maca, coli i Barbie i już. A kto bogatemu zabroni?!
Tymczasem dziś? Dziś to właśnie troska o środowisko byłaby moją pierwszą, automatyczną myślą uzasadniającą owy amerykański – dziwaczny na marginesie – trend…

Ha! Błąd! Właśnie zrobiłam małe dochodzenie. I wiecie co? Normalnie jestem rozgoryczona! 😉

Biorąc pod uwagę fakt, że torby papierowe na zakupy spożywcze mają w USA 100-letnią tradycję, moje podejrzenia o pobudki ekologiczne w ostatniej dekadzie XX wieku to myślenie-pułapka. W końcu kiedy wyprodukowano i opatentowano pierwszą, nikomu o foliowych jednorazówkach nawet się nie śniło. Oczywistym materiałem wydawał się dostępny powszechnie papier. A że bez uszu? Umówmy się! Próby przeniesienia towaru liczonego w kilogramach w torbie z papieru zawieszonej na uszach z papieru, nie miałyby z grawitacją żadnych szans. Dźwiganie zatem z nabożeństwem oburącz masła orzechowego i pieczywa tostowego w otoczeniu mleka w kartonach, było jedynym wyjściem z sytuacji. Zwłaszcza, że amerykański klient – tak między Bogiem a prawdą – to się ich nie nadźwigał. W USA na szoping do hipermarketów (z reguły na peryferiach miast), bodaj od zawsze jeździło się samochodami. Niezależnie od statusu, stażu kierowcy, płci… Tam w końcu każdy niemal od urodzenia kierowca. No więc, kiedy u nas robiło się wielkie wyprawy komunikacją miejską lub podmiejską na targi lub bazary, tam: jechało się do marketu samochodem, wchodziło się do sklepu z parkingu z wózkiem sklepowym. I wychodziło z niego z wózkiem pełnym papierowych worków, centralnie do bagażnika auta. Potem odpalało wóz  i jazda wprost pod dom.
Więc po co Amerykanom w torbach uszy?! Ich torby nigdy nie dźwigały, ich kultowe torby towar zbierały. Do kupy. I tyle… Proza. Żaden tam nawet wyreżyserowany amerykański wdzięk, urok i czar.

Dacie wiarę? Bo ja do tej pory nie mogę! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website