Sajgon made in Poland

„Chińczyk” po polsku. Czyli „wietnamczyk”. Z ulicznej budki. A więc: podejrzana wołowina w pięciu smakach z ryżem lub makaronem oraz kopą kapuchy do tego. No i sajgonki, już na odległość nokautujące wrażliwość nosa fryturą. A wszystko musowo i masowo utopione w glutaminianie sodu. Oto orient made in Poland rodem z Wietnamu. Oh really? Na samą myśl w żołądku „sajgon” się robi.

Drodzy Państwo, spragnieni  Wschodu na talerzu… no chyba tak karmić się nie będziemy!?

Chcecie posmakować prawdziwego orientu z Wietnamu pod biało-czerwoną flagą? Jedźcie na duże wietnamskie targowisko. I między majtkami a kaloszami, zlokalizujcie miejsce, w którym tamtejsi wietnamscy handlarze się żywią. Dopiero tam przekonacie się, że taka Azja to prawdziwa maomazja. A dworcowe budy i uliczne baraki o zapachu starego, przypalonego woka niechaj dunder świśnie.

Kilka lat temu w Warszawie, kiedy stolicę opanowała inwazja sushibarów skrojonych na miarę polskich podniebień i wielkim glamourem wydawało się wyjście na luksusowe wówczas sushi, poszukiwacze autentycznej egzotyki na podniebieniu odkryli nietuzinkowe miejsce na tejże ziemi. Otóż, u podnóży dzisiejszego Stadionu Narodowego, który w poprzednim wcieleniu był Jarmarkiem Europa, istniało sobie zagłębie barów z prawdziwą wietnamszczyzną dla rdzennych Wietnamczyków…

Panie, co tam się działo! China Town, to mało powiedziane. W prowizorycznych, obskurnych garkuchniach, jedna przy drugiej, pooddzielanych cienkimi kawałkami dykty, toczyło się (gastro)życie towarzyskie skośnookich kupców. Najprawdziwsze, po wietnamsku. Gwarno, ciasno i gorąco. Wietnam pełną gębą w sercu miasta. Gratka dla każdego polskiego foodie, spragnionego wrażeń i smaku ryzyka, zwłaszcza, że oferta bez menu po polsku.

I my też tam bywaliśmy. I tego wszystkiego na własne podniebienia i oczy doświadczaliśmy. Do czasu, do incydentu pewnego… Bo gdy, któregoś razu kumpela nieopatrznie oparłszy się o wspomnianą ścianę (Kinga bądź pozdrowiona, jeśli to czytasz), naruszyła jej mizerną konstrukcję, naszym oczom ukazała się… A zresztą. Stare dzieje. I mimo że widok rozpełzającego się z prędkością światła życia spod dykty na wszystkie strony świata, ostudził na długo nasze apetyty na dalekowschodnią egzotykę ze stadionu, dziś i tak na samą myśl o Jarmarku Europa łza się w oku kręci. Ale my farciarze, i na szczęście naszych kubeczków  smakowych handel wietnamski wciąż ma się dobrze. Ba! Na Marywilskiej 44 [KLIK] on wręcz kwitnie. A z nim wietnamska gastronomia, rzecz jasna. I choć tutejszym ucywilizowanym wietnamskim barom daleko do stadionowego folkloru, to micha prawdziwej, wietnamskiej mięsnej zupy pho, ze świeżą kolendrą, kiszonym, czosnkiem, chilli i bazylią tajską, nawet w otoczeniu erotycznej bielizny, niegniotących się garniturów i kamaszy o zapachu chińskiego trampka, niczym orient express przenosi do innego, egzotycznego świata… I pomyśleć, że to podróż za jedyne 10 złotych.

IMG_20160608_120724 (1)

Jedna osoba wspomniała o “Sajgon made in Poland

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website