Panie, ja tu mięso mam!

– Dzień dobry!
– Dzień dobry!
– Czy jest surowy boczek wędzony?
– Jest?
– A gdzie? Bo nie widzę?
– O tu!
– Tylko w całości? A dlaczego taki żółty? To jakaś bejca wędzarnicza?
– Chyba pani żartuje! „Bejca!”. Też coś! Tak wygląda prawdziwy wędzony boczek!
– A może mi pani któryś kawałek przekroić, żebym zobaczyła jak wygląda w środku?
– Nie mogę! Bo jak rozkroję, a pani się nie zdecyduje, to już nikt tego mi nie kupi…!!! To jak? Który kawałek pani zważyć?

Żaden. Wyszłam. Podziękowałam, choć nie wiem za co i poszłam do konkurencji.
Tak mili Państwo. I nie żebym wyszła z supermarketu, gdzie przecież anonimowi sprzedawcy za ladą nie mają obowiązku traktować klienta jak swojego pana. W końcu nie ich małpy, nie ich cyrk. Opuściłam mały mięsny, charakterystyczny sklepik na osiedlu, dla którego w obliczu rosnących jak grzyby po deszczu sieciówek spożywczych, każdy – nawet najbardziej dociekliwy – klient powinien być na wagę złota. Ale nie! W nim bezpardonowo wciska się koty w worku. I ma się ludzi za kretynów.

Zresztą, umówmy się! Wcale nie oczekuję, by ktoś tylko dlatego, że kupuję u niego boczek padał do mych stóp czy całował mnie po rękach. Wystarczy, że nie będzie traktował mnie jak intruza. Ustawi się frontem do klienta. Tylko tyle i aż tyle. I komoda tańczy, szafa gra. Tymczasem…
Choć era, gdy sklepowa w nylonowym fartuchu i z opaską niczym tiara we włosach na tle łysych rzeźnickich haków fukała na lud jak prezesowa, a człowiek czuł się w kolejkach jak paproch –  dawno za nami, odnoszę wrażenie, że arogancja za prywatnymi ladami wciąż się czai. I tylko czeka, by zmusić do kupna pierwszego z  brzegu, by o nic nie pytać, niczego nie dotykać, nie kręcić nosem, nie wybierać, nie przebierać, morda w kubeł, nie bulgotać…

Okej, rozumiem, że każdy może mieć gorszy dzień, nieprzespaną noc, problemy z mężem, dzieckiem, matką, żoną czy kochanką. Sprzedawca stojący cały dzień na nogach też. Ale na Boga! Są jakieś granice. Zwłaszcza w branży spożywczej, która wymaga budowania z klientelą dobrych i trwałych relacji. To od niej zależy, czy kupujący jeszcze wróci i stanie się najcenniejszym, bo wiernym klientem, czy wręcz przeciwnie – urażony, zniechęcony już po pierwszym razie postanowi omijać sklep szeeeerokim łukiem, w dodatku zachęcając do tego innych. Fejsbukowa poczta pantoflowa nie śpi 😉
Mam wrażenie, że niektórzy sprzedawcy (nie mylmy ich z przemęczonymi kasjerami w hipermarketach, którym jestem w stanie wybaczyć każdą irytację) wciąż tego nie kapują.

Być może skumaliby, co jest tak naprawdę dźwignią handlu, gdyby na własne oczy zobaczyli, jak relacja sprzedający-kupujący wygląda na przykład w takich Włoszech… Tam obydwie strony medalu szanują się wzajemnie, dbają, by między nimi pozytywnie zaskrzyło i już nie zagasało. Tam wiedzą, że to obopólna inwestycja. Ale to zawsze idzie pierwsze zza lady. Bo na zaufanie i wierność trzeba sobie zapracować:
– Chce pani skosztować salami? Nie ma problemu!
– Niech pani tego nie bierze, to już końcówka, jutro będę miał ładniejsze mięso!
– A tu jeszcze dołożę parę deko. Od firmy, w prezencie!
Niby nic, a jednak. Wierny klient to skarb. Tak samo, jak zaufany sklepikarz. Szkoda, że w kraju nad Wisłą wciąż ze świecą takich „subiektów” szukać. Dlatego tym większa szkoda, że do Włoch tak daleko… Szczęście, że pozytywne wspomnienia są na wyciągnięcie komputera. 😉

IMG_20160303_193259 (2)

IMG_20160303_193514

IMG_20160303_193319

IMG_20160303_193227

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website