Nasz burger od(c)hamiony

Nie da się ukryć, że awansował. I to w spektakularnym stylu. Zerwał z wizerunkiem śmieciowej kanapki z kotletem ze zmielonego przysłowiowego psa z budą, w pseudo-bule napompowanej spulchniaczami. Stał się absolutnym liderem nowej, ulicznej gastronomii. Zauważcie, że nawet nazwę zmienił. I dziś już nie taki ham…

Obecnie street food bez burgera nie istnieje. I chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że mobilne food trucki z burgerami i stacjonarne burgerownie zdominowały kulinarną mapę dużych miast, deklasując budy z kebsami. W Warszawie, za rogiem każdej większej ulicy czai się furgonetka, w której można od ręki i do ręki zamówić solidny kawał woła, w uczciwej bułce, z ukręconym na miejscu sosem.

Czy to dobrze? Oddech konkurencji na plecach zawsze motywuje do trzymania przez knajpę poziomu. Trzeba przyznać, że początkowo, kiedy burgerownie w Warszawie można było zliczyć na palcach jednej ręki, te dobrze się prowadziły. Teraz, kiedy takich punktów jest jak w lesie grzybów po deszczu, burgery nieco spowszedniały. A to, co przestaje być unikalne, zaczyna być masowe. A gdy coś zaczyna być masowe, z reguły obniża loty. Takie prawa rynku. Koło się zamyka. I nagle okazuje się, że mięso, które miało być szlachetną wołowiną – trąci starym łojem, sos „szefa kuchni” smakuje jak rozbełtany gotowiec z proszku, a bułka mogłaby podszywać się pod suchara…

Wiemy co piszemy, bo też daliśmy się uwieść modzie na burgery. Właściwie to na ich punkcie lekko zwariowaliśmy. Po przetestowaniu paru stołecznych burgerowni uznaliśmy, że szkoda nam kasy na szukanie tej stworzonej dla nas. A że potrzeba matką wynalazków… Po paru podejściach i eksperymentach w domu, w końcu wynaleźliśmy własnego burgera. Ze szlachetnej sezonowanej wołowiny mięsnej, z autentyczną bułką i sosem od serca. To naprawdę łatwiejsze niż się może wydawać. A jeśli dodamy do tego domowe frytki usmażone na świeżym wołowym łoju (tak to robią w ojczyźnie burgera) i kieliszek kalifornijskiego wina Zinfandel, otrzymujemy wzór na posiłek doskonały. Proste jak dwa plus dwa. I właśnie taką matematykę kochamy najbardziej!

Domowe burgery

Składniki
Mięso na 4 burgery:
600 g mielonej nie za chudej wołowiny rasy mięsnej (Herefod, Black Angus, Red Angus, Charolaise, Limousine)
łyżka oleju rzepakowego
po ½ łyżeczki ziaren utartej w moździerzu gorczycy i kolendry
pieprz, sól

Bułki:
Dotychczas kupowaliśmy gotowe [KLIK]
Ale od pewnego czasu jesteśmy na tropie własnych, idealnych, wypiekanych w domu. Gdy tylko wyrobimy bułaczany kompromis, podzielimy się z Wami przepisem. Na pewno!

Sos:
2 łyżeczki majonezu
1 łyżeczka ulubionej musztardy
2 łyżeczki ketchupu
1 łyżeczka chrzanu
½ łyżeczki chrzanu
1 łyżeczka curry

kilka kropel tabasco (dla fanów pikantnych smaczków)

Dodatki:
masło
pomidor
korniszon
sałata
cebula
i ewentualnie: bekon, żółty ser lub pieczarki

Frytki:
kilka ziemniaków do smażenia lub pieczenia (nie mogą być mączne)
łój wołowy

Przepis

– ziemniaki obieramy, kroimy na solidne słupki i krótko obgotowujemy (10 minut). Odcedzamy i suszymy.
– mięso dokładnie mieszamy z przyprawami i olejem. Formujemy 4 burgery i smażymy je na dobrze rozgrzanej suchej patelni przez 2–3 minuty, z każdej z obu stron.
– w garnku rozgrzewamy łój do 100 stopni C i wrzucamy ziemniaki. Smażymy przez 10 minut. Odcedzamy i studzimy.

– bułki przekrawamy na pół i każdą z połówek smarujemy masłem. Wstawiamy je do piekarnika nastawionego na opcję grill. Obok układamy burgery. Na nie można położyć teraz plaster ulubionego sera, obsmażony bekon lub pieczarki.
– składniki sosu dokładnie mieszamy.
– kiedy bułki zrobią się lekko chrupiące, a burgery zapieczone, wyjmujemy wszystko i zaczynamy składać: połówki bułek smarujemy sosem, na dolną połówkę kładziemy liść sałaty, na nią burgera, na burgera po plastrze pomidora i cebuli, następnie plasterki korniszona. Całość przykrywamy drugą połówką bułki.
–  łój rozgrzewamy do 140 stopni C. Ponownie wrzucamy frytki i smażymy na złoty kolor. Odsączamy na ręczniku papierowym. Podajemy do burgerów.

Nam najbardziej smakują ze wspomnianym wcześniej Zinfandelem. Na marginesie… Czy wiecie, że Amerykanie jeszcze do niedawna byli przekonani, że to ich endemiczna odmiana? Tymczasem badania DNA wykazały, że ten szczep pochodzi z naszej ukochanej Chorwacji. Chorwaci nazywają go Plavac Mali. Uprawiają go też po sąsiedzku Włosi, w Apuli. Tam nosi nazwę Prymitivo.
Jak zwał, tak zwał. Najważniejsze, że idealnie komponuje się z naszymi udomowionymi burgerami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website