Tak dobrze żarło i… zdechło

Kiedy zaczynaliśmy tworzyć bloga, mieliśmy jedno założenie: dzielić się z innymi naszą pasją. Pasją do jedzenia i ludzi, którzy tak, jak my mają do jedzenia serce. Zamierzaliśmy pisać wyłącznie o tym, co dobre, fajne i ciekawe. Wyrażać pozytywne opinie, stawiać obiekty naszego zainteresowania – o ile na to w naszej ocenie zasłużyły – w pozytywnym świetle. Za to unikać pisania o tym (choćby nas nie wiadomo jak korciło), co słabe, mierne, co wzbudza złe emocje, rozczarowuje. Zamiast wylewać żale – spuszczamy zasłonę milczenia. Zapominamy. Wypieramy. Nie było tematu, nie ma i nie będzie. Bo szkoda na przykre wątki naszego cennego czasu i energii. I długo byliśmy tej zasadzie wierni. Do teraz. Bo życie, jak to życie: znienacka sprowadza na ziemię, weryfikując najbardziej ambitne założenia i cele. Dowód?

Sobota. W Warszawie ciepła, słoneczna, jak z bajki. Pierwsza taka od dawna. A że maj, to gdzie mielibyśmy pójść? Po sąsiedzku na Saską Kępę, która jak u Osieckiej o tej porze zabójczo pachnie szalonym zielonym bzem…  Spakowaliśmy więc dzieci, orzechy włoskie i w ramach weekendowej atrakcji ruszyliśmy niespiesznie autobusem do Parku Skaryszewskiego, w pogoni za wiewiórkami.

Kiedy uznaliśmy, że czas wyłazić z miejskiej dziczy, bo zgłodnieliśmy, dość spontanicznie zdecydowaliśmy, że zaszalejemy i zjemy na mieście. Oczywistym kierunkiem była dla nas Francuska, ulica, na której każdy wygłodniały coś dla siebie znajdzie: od kebaba przez pasty i burgera na hiszpańskich tapasach kończąc. Kto bywa, ten wie. A że od jakiegoś już czasu korciło nas, by sprawdzić jak karmią w Prostej Historii, polecanej przez krytyków kulinarnych jako miejsce  dla tych, co kochają na talerzu wysmakowaną prostotę… w końcu mieliśmy świetny pretekst.

Zapowiadało się fajnie już na wejściu: stolik na zewnątrz zdawał się na nas czekać. Kreda w kubełku pod nim wręcz krzyczała kolorami do naszej córki: „weź mnie i porysuj na chodniku dziewczynko”. Nawet pan kelner z menu wyskoczył jak królik z kapelusza, zanim jeszcze na dobre się rozsiedliśmy, zaparkowawszy wcześniej wózek, w którym drzemał sobie błogo nasz syn. Do tego w karcie dań dla każdego coś miłego. No cud, miód frontem do klienta. Taaaaak! Tego nam do szczęścia było trzeba… Potem się jednak okaże, że nigdy wcześniej instynkt tak nas nie zawiódł.

Jedzenie w tempie ekspresowym wylądowało przed nami. O tym, co to było i jak smakowało nie będziemy pisać, bo szału nie było (choć ambicje restauracja ma wielkie, to fakt). Skupmy się na tym, co wydarzyło się w trakcie. Bo w trakcie…
Jak to w maju – pogoda zmienną jest. Ledwo spróbowaliśmy dań, gdy nie wiadomo kiedy nad naszymi głowami zaczęły zbierać się czarne chmury. Było jasne jak błyskawica, że zaraz lunie i my w obliczu oberwania cumulonimbusa nad talerzami będziemy totalnie bezbronni, a zadaszenia nad nami ani skrawka. Co w takim razie każdy normalny klient robi? Bierze talerze i kieruje się do środka, zasiadając przy którymś z wolnych stolików. I tak też w naturalnym odruchu zaczęliśmy robić. W pierwszej kolejności zagoniliśmy do środka córkę, potem zanieśliśmy talerze. Na końcu zgarnęliśmy siebie z synem. Kiedy szamotaliśmy się w deszczu, wnosząc po schodach wózek z naszym 1,5-miesięcznym niemowlakiem wyskoczył drugi pan kelner i tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmił:
– Proszę z tym wózkiem do środka nie wchodzić?!
– (Ja) Słuuuuchaaaaam?! – dopytałam, bo nie byłam pewna czy dobrze słyszę.
– Nie ma miejsca na wózek przy stolikach w środku – mówi, jak w mordę strzelił.
– Ale jak to nie ma? Przecież jest! – zaskoczona odpowiadam naiwnie wierząc, że temu panu albo coś się pomyliło, albo jest tak przemęczony, że majaczy. Ale nieeee…
– Za chwilę przychodzi 10 i 6 osób z dwóch rezerwacji i zrobi się ciasno. Powtarzam: nie ma miejsca!  – postanowił uciąć pyszałkowato dyskusję i nas na schodach ominął, kierując się w stronę szczęśliwców, którym udało się schować pod markizą.
I w tym momencie dotarło do mnie, że  ten człowiek na serio mówi, to co myśli: nie chce wpuścić nas z wózkiem do środka, mimo że leje, na talerzach stygnie zamówione przez nas jedzenie, w środku siedzi samo nasze 4-letnie dziecko, w wózku moknie niemowlę, a my razem z nim…
– To jak pan to sobie wyobraża? Mamy jeść w deszczu, na ulicy?! – kontynuowałam, wciąż nie dowierzając, że biorę udział w dyskusji, która w ogóle nie powinna mieć miejsca. – A może zostawić dziecko w wózku pod knajpą?
– Przykro mi ale nie mamy wpływu na pogodę – odrzekł butnie. I tego już było za wiele. Wybuchłam.
– Na litość boską, o czym pan mów?! Czy pan się słyszy? Wie pan? Teraz, na moim miejscu, każdy klient powinien wyjść urażony nie płacąc złamanego grosza. Ale ja tego nie zrobię. Wolę zachować klasę, bo ktoś w tym starciu musi. Za to wystawię panu i knajpie, dla której jest pan chodzącą antyreklamą, adekwatną recenzję…!!!

Wiecie, byłam w takim szoku, że już nie pamiętam co mi ten człowiek odpowiedział, czy cokolwiek mówił. Ale najwyraźniej refleksja w końcu przyszła, bo łaskawie pozwolił (z akcentem na pozwolił) wnieść wózek z dzieckiem do środka, jak to w cywilizowanym świecie się robi. Ale uwierzcie mi, nie mieliśmy już na nic ochoty, dojedliśmy w milczeniu i bez entuzjazmu zimne jedzenie. Zapłaciliśmy i wyszliśmy czym prędzej. W tym czasie tak szumnie zapowiadany tłum tak bardzo oczekiwanych gości jakoś się nie zjawił… A na do wiedzenia nie usłyszeliśmy od załogi ani przepraszamy, ani zapraszamy. Nic.
I mimo, że jedzenie – choć bez charakteru – nie było niesmaczne… Niesmak i tak pozostał.
Prosta(cka) Historio właśnie straciłaś klientów.

PS
Niespełna trzy godziny od zamieszczenia tego wpisu, do jego treści odniosła się na naszym fanpage’u właścicielka Prostej Historii, bijąc się w pierś i przepraszając nas za całe zajście [KLIK]
Zawsze lepiej późno, niż wcale.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website